Rakotwórcze jedzenie? Uważaj na te produkty!

Smakowite kawałki plastiku wymieszane obficie z pestycydami i chemikaliami o rakotwórczych właściwościach. Do tego toksyczne mięso z kurczaka, podlane obficie sosem ze ścieków i doprawione sztucznymi barwnikami. Nie brzmi to jak idealny posiłek, a jednak – coraz częściej nieświadomie serwujemy sobie takie właśnie rakotwórcze jedzenie. Na nasze stoły, nieświadomie, wpuszczamy śmiertelnie niebezpieczną żywność z Chin!

Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się… zjeść plastik? Z pewnością nie w sposób świadomy. Domyślam się, że odruchowo kiwasz teraz głową, powtarzając w myślach: plastik? Kto normalny je plastik?! Oczywiście nikt. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Spożywanie nawet niewielkiej ilości plastiku byłoby niezwykle szkodliwe dla naszego układu pokarmowego i fatalnie wpłynęłoby nanasze hormony.

A jednak, prawdopodobnie Tobie i Twoim bliskim, nie jeden raz zdarzało się „aplikować” sobie spore dawki BPA (chemikaliów znajdujących się w plastiku). Działo się to nieświadomie, bez Twojej zgody i wiedzy.Tak się składa, że plastik jest jedną z tych substancji, które bardzo często dodawane są do produktów spożywczych, pochodzących z Chin – a tych, wbrew pozorom, jest na naszym rynku bardzo dużo.

 

Przede wszystkim zysk

Przypomnij sobie wszystkie te promocje na ćwiartki z kurczaka, udka czy piersi indycze… itd. itd. Teoretycznie oferowane w sieciach podroby pochodzą od polskich producentów, w praktyce jednak są w Polsce zazwyczaj tylko przetwarzane – oddzielanie mięsa od kości, dzielenie na części, pakowanie. Ich faktyczna produkcja odbywa się poza krajem.

Korporacje mające swoje zakłady produkcyjne w Chinach, eksperymentują i wytwarzają żywność w laboratoriach. Na skutek różnego typu eksperymentów udaje im się dokonywać kolejnych przełomów w produkcji żywności. Przykład? Jeszcze kilkanaście lat temu cykl produkcyjny kurczaków trwał sześć tygodni. W tym czasie zwierzę, na skutek faszerowania go sterydami i chemikaliami, przechodziło pełen cykl od pisklęcia do dorosłego osobnika (dającego 5-6 kg mięsa).

Jednym z sukcesów „naukowców”, było opracowanie nowych środków, pompujących mięśnie kurcząt. Dzięki temu, obecny cykl wzrostu zwierzęcia wynosi już tylko pięć tygodni. Czy to istotna zmiana? Mogłoby się wydawać, że niekoniecznie. A jednak, dla producentów mięsa jest to dodatkowy roczny zysk rzędu kilku milionów euro. Jakim cudem?

Zamiast 61 partii kurczaków rocznie, zakład produkcyjny może uzyskać 73. Jest to niemal 20% więcej. Zysk jest naprawdę ogromny. A przecież o to właśnie chodzi i w tym celu podejmuje się dalsze prace laboratoryjne. Szaleństwo w dążeniu do osiągania jak największych zysków wydaje się nie mieć końca.

 

Gdzie znajdziemy rakotwórcze jedzenie?

Plastik zawierający toksyny typu BPA przeważnie znajduje się w ryżu. Jest on jednym z istotnych wypełniaczy, który co do zasady naśladuje w organizmie estrogen i, tym samym, zwiększa prawdopodobieństwo śmierci przede wszystkim z powodu raka piersi. Kolejny przykład produktów, w których odnajdziemy szkodliwe substancje, to ryby – m.in. tilapia, dorsz oraz panga.

Pierwsza z wymienionych jest wyjątkowo popularna w Państwie Środka. Jej „hodowle” znajdziemy tu w naprawdę wielu miejscach. Piszemy „hodowle”, ponieważ zwierzę to jest w zasadzie wszystkożerne i nie przeszkadza mu życie w ściekach. Tak też, bardzo często, jest tilapia „hodowana” – z pominięciem wszelkich zasad i standardów bezpieczeństwa, przyjętych w krajach cywilizowanych.

W zasadzie można powiedzieć, że ryby te są ekologicznymi bombami. To pływające ładunki toksyczne, których pod żadnym pozorem nie powinno się jeść. Powszechnie wiadomo, że „hodowcy” tych ryb sami ich nie spożywają. Trudno się temu dziwić – kto chciałby ryzykować swoim zdrowiem w tak absurdalny sposób? Podobnie rzecz ma się z dwoma pozostałymi gatunkami, które tu wymieniliśmy.

 

Nie tylko rakotwórcze jedzenie…

Lecz niestety także napoje. Bardzo duża część soku jabłkowego, sprzedawanego w Europie, pochodzi właśnie z Chin. Tak się składa, że Chiny są największym na świecie producentem pestycydów. Znaczna ich część jest używana właśnie do ochrony upraw warzyw i owoców. Tak, by były one duże, foremne i nienaruszone przez szkodniki.

Przypomnij sobie te piękne jabłka, świecące na półkach sklepów wielkopowierzchniowych. Są gładkie i idealnie kuliste, jak gdyby je nawoskowano. Czy widziałeś kiedyś takie jabłka na drzewach? A może rzuciły Ci się one w oczy, gdy przechodziłeś obok osiedlowego warzywniaka? Raczej nie. Takich rzeczy po prostu w naturze nie ma… no chyba, że w Chinach.

To jednak nie wszystko. Inspektorzy, sprawdzający jakość żywności, w kilku krajach na Starym Kontynencie odkryli również skażone grzyby, pochodzące z Chin. Nie dość, że składniki w nich zawarte stanowiły zagrożenie dla ludzkiego organizmu, to jeszcze… oznaczono je jako „organiczne”. Podobnie rzecz przedstawiała się w przypadku czosnku, w którym stwierdzono duże stężenie bakteriobójczych substancji chemicznych.

Co ciekawe (i przerażające) Chińczycy produkują również „alternatywny” zielony groszek. Nie ma on nic wspólnego z naturalnym, europejskim produktem spożywczym tego typu. W Państwie Środka zielony groszek uzyskuje się bowiem z… białego groszku, soi, zielonego barwnika i pirosiarczynu sodu. Dwa ostatnie „składniki”są silnie rakotwórcze, a co gorsza hamują naturalną zdolność organizmu do wchłaniania wapnia.

Obejrzyj dwa razy, zanim kupisz

Mogłoby się wydawać, że procedury towarzyszące produkcji żywności na terenie Europy są wystarczająco restrykcyjne. Uniemożliwiają oszustwa i wystawianie zdrowia konsumentów na ryzyko. Niestety, nie jest to do końca prawdą. Wiele produktów, poprzez różnego typu machinacje, kreatywną księgowość i – nazwijmy to po imieniu – oszustwa dostaje się na nasze półki sklepowe. Ich kolorowe opakowania i przyjaźnie brzmiące nazwy mają wzbudzić w nas poczucie zaufania i przekonać do zakupu.

Okazuje się jednak, że wiele z nich stanowi dla nas ogromne niebezpieczeństwo. Ich niska cena, podejrzane pochodzenie lub dziwny smak powinny dać nam do myślenia – czy to rakotwórcze jedzenie? Jak mawiał wybitny ekonomista amerykański, Milton Friedman, nie ma czegoś takiego jak „darmowy obiad”. Za wszystko, nawet super promocyjne ceny i pozornie wysoką jakość produktów, trzeba w jakiś sposób zapłacić. Niestety zazwyczaj walutą, w której płacimy jest… nasze zdrowie.

Dlatego: zawsze dokładnie oglądaj produkty spożywcze, które zamierzasz kupić. Staraj się dowiedzieć o nich jak najwięcej i nie pozwól sobie na naiwność. Może Cię ona bardzo drogo kosztować. Jeśli nie wiesz jak chronić się przed oszustwami żywieniowymi, koniecznie zaopatrz się w prenumeratę magazynu „Dr Medicus”. Zapobiegaj zamiast leczyć!